Dobrze się czujecie ze swoimi imionami?
Uważam, że moje jest całkiem w porządku. Nie brzmi śmiesznie, nie jest trudne do wypowiedzenia i szybko można je zapisać (nawet od końca, bo w zasadzie nic się nie zmieni). Traci jednak na wyjątkowości przez swoją popularność - to najczęściej nadawane imię na świecie!
(nosi je aż 98 mln kobiet!)
Miałam być Kamilem, ale wyszło jak wyszło.
Rodzice mieli odmienne zdania, co do żeńskiego imienia, więc otrzymałam dwa - Anna Monika.
Na co dzień zupełnie nie pamiętam o tym drugim. Ciągnie się trochę jak cień, a ja nie zwracam uwagi. Uświadamiam sobie, że jest coś więcej, dopiero, gdy wyciągam dowód albo wypełniam jakieś dokumenty. Dla mnie to kłopotliwe.
Słyszałam opinię, że dobrze jest mieć dwa imiona. W sytuacji, gdy to pierwsze nie przypadnie właścicielowi do gustu, można posługiwać się drugim. Znam dwie osoby, które przedstawiały się drugim imieniem i tak się przyjęło. Podpisują się inaczej, więc czasami wynikają z tego małe nieporozumienia. Byłam nawet gościem na ślubie Basi, która formalnie jest Zosią. Ja czułam się dość dziwnie, gdy słyszałam przysięgę, a co dopiero przyszły mąż ;)
U mnie taka zamiana nie miałaby sensu. Siostra to Monika, więc już wystarczy...
Coraz częściej spotykam ludzi, którzy zdecydowali się przekazać Synowi imię Ojca. Czy nazwisko to mało? Pamiętam tylko z zagranicznych filmów, że często pojawiał się "duży Ben" i "mały Ben" albo dodatek "junior". Nie wiem, czy to przez zachodnie wpłwy czy brak kreatywności, ale coś jest na rzeczy. Dziewczynek chyba to nie dotyczy (a może w mniejszej skali), bo nie znam takiej, która nosiłaby imię Mamy. Dawno, dawno temu w rodach arystokratycznych była taka tradycja, podobno jeszcze się uchowała. Więźniowie podobno mają też taki zwyczaj.
Babcia mówiła mi kiedyś, że jeśli da się imię po Ojcu, to wkrótce zostanie tylko jeden (śmierć? rozwód?). Za wiele prawdy pewnie w tym nie ma, ale zniechęcić trochę może...
Zastanawiam się tylko, czy Dziecko nie będzie za mocno utożsamiane z Ojcem, nie zaburzy to właściwych relacji między nimi... Czy ten "mały" będzie traktowany poważnie przez otoczenie, czy będzie miał szansę spoważnieć w dorosłym życiu? Czy inni postrzegają go przez pryzmat Ojca?
Jak on sam będzie o sobie myślał?
I co z korespondencją? Jak uniknąć wątpliwości?
Przypomniał mi się pewien żarcik. To tak na rozluźnienie ;)
"Wywiad do kamery z matką wielodzietną mającą siedmiu synów:
- Jak ma na imię najstarszy syn?
- Stefan.
- A drugi syn?
- Stefan.
- Aha... A trzeci syn?
- Stefan.
- Eee... a kolejny?
- Stefan.
- To każdy jest Stefan...?
- Każdy jest Stefan.
- To jak pani ich woła?
- Jak to jak? Po nazwisku!"
To też jest jakieś rozwiązanie ;)- Jak ma na imię najstarszy syn?
- Stefan.
- A drugi syn?
- Stefan.
- Aha... A trzeci syn?
- Stefan.
- Eee... a kolejny?
- Stefan.
- To każdy jest Stefan...?
- Każdy jest Stefan.
- To jak pani ich woła?
- Jak to jak? Po nazwisku!"
Ja wolałabym jednak, żeby nazwisko pozostało to samo, a imiona już niekoniecznie.
Zdarzało nam się żartobliwie mówić do naszych Chłopaków - Maciek, Franek, Józek... (bez urazy dla nikogo), ale później zastanowiłam się nad tym. Przecież wybraliśmy inne imiona, więc po co mieszać?
Chłopcy mają po jednym imieniu, ale takim dłuższym, żeby nie było za mało ;)
Nazywajmy rzeczy po imieniu. Ludzi też nie zaszkodzi.
Chcecie poznać historię Mikołaja i

Czasami wystarczy na kogoś tylko spojrzeć i wszystko staje się jasne, jakby imię było wypisane na twarzy. U nas nie było to takie oczywiste.
Rodzina trzymała mnie w przekonaniu, że urodzę Córkę. Nawet jakaś wróżka podobno to potwierdziła... Na USG nie można było jeszcze za wiele określić, więc zaczęłam zastanawiać się nad imieniem. To wcale nie takie łatwe. Przejrzałam cały kalendarz, otworzyłam mnóstwo kart w przeglądarce internetowej, poczytałam trochę o znaczeniu imion.
Do tego doszły jeszcze wymysły Kobiety (nie ma lekko!) w Ciąży (bez dyskusji).
Uparłam się, że imię powinno zaczynać się na "M", mieć trzy sylaby i nie zawierać "r". Mogłoby mieć ujmującą historię i nie kojarzyć się od razu z jakimś pieskiem czy kotkiem.
Trochę czasu minęło, zanim ostatecznie byłam gotowa zdecydować się na Milenę. Nie dopuszczałam myśli, że może być Syn - do czasu, gdy...
miałam sen, proroczy sen! Brzmi trochę niewiarygodnie, ale tak było. Śniło mi się, że pojechaliśmy na USG w 3D do innej przychodni-mieliśmy poznać płeć. Lekarz wskazał palcem na monitor i zapytał, czy widzę, co to jest. Z niedowierzaniem dopytałam-Chłopiec? Usłyszałam, że nie ma wątpliwości, będzie Syn. Rano byłam trochę zdezorientowana. Po południu mieliśmy zaplanowaną wizytę. Pojechaliśmy i było identycznie! Dokładnie tak, jak w moim śnie! Nie mieliśmy jeszcze wybranego imienia. Zaczęłam intensywnie o tym myśleć. W drodze do domu zatrzymaliśmy się, żeby zrobić zakupy. Stałam cierpliwie w kolejce po wędliny w małym sklepiku na ryneczku. Otworzyły się drzwi i do środka weszła pani z małym chłopcem w spacerówce. Sprzedawczyni podniosła wzrok i radośnie powiedziała "O! Mikołaj przyjechał!". Utkwiło mi to na tyle w pamięci, że przez całą powrotną drogę zastanawiałam się - może Mikołaj? Nie byłam przekonana, szukałam dalej... Następnego dnia, w przerwie między zajęciami, spotkałam koleżankę na pracowni. Pytała, czy znam już płeć. "Chłopak" - tylko tyle powiedziałam i nie kontynuowałam rozmowy. Wieczorem dostałam SMSa o treści: "jakby co, Mikołaj to ładne imię". Było jeszcze kilka sytuacji, po których doszłam do wniosku, że musi być Mikołaj, bo prześladuje mnie to imię...
Warunki w zasadzie były spełnione ;)
Przy Mateuszu nie miałam żadnych przeczuć, dziwnych snów itp. Czas leciał o wiele szybciej. Jedyne imię, które nie brzmiało zupełnie obco, w dodatku spełniało wszystkie kryteria i miało patrona - to właśnie Mateusz. Przed świętami rozmawiałam z moim menagerem. Między firmowymi sprawami wtrącił, że też ma Syna, po czym dodał: "Jutro mój Mateusz ma urodziny, fajny chłopak". W międzyczasie w pracy pojawiło się trzech ochroniarzy o takim imieniu... Sama też miałam kilku kolegów, którzy mieli tak na imię. Przez to nabrałam tylko wątpliwości, ale czasu było coraz mniej. Zaraz po porodzie, położna zapytała jak miał na imię Dziadek. Mówiłam, że dopiero co byłam na pogrzebie... (klik i trafisz w mig). Ale nie, nie chciałam utożsamiać ich ze sobą, szukać pocieszenia w ten sposób. Został Mateusz.
Według Mikołaja i tak póki co jest "Kojaj" i "Teusz"...
Na "Mi-" i "Ma-" jeszcze przyjdzie czas, choć jako oddzielne słowa, zna je aż za dobrze ;)
Wczoraj oba były w użyciu przy spotkaniu z Brodatym...


U nas prezenty już rozdane, a Mikołaj mieszka pod tym samym adresem...


EDIT: Jak mogłam, jak mogłam zapomnieć?!
Nie napisałam o dwóch sytuacjach. Teściowa zadzwoniła do mojego Męża, żeby zapytać, czy wybraliśmy już imię, bo nie chciałaby nic sugerować, ale może Mikołaj? Kilkanaście miesięcy później była ta sama sytuacja, tylko "A może Mateusz?". A my imiona mieliśmy już wtedy wybrane... Dokładnie takie! I nie mówiliśmy jeszcze nikomu. Ktoś miał nosa...

t<><
[klik i na fb trafisz w mig]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz